Koncert gry na nosie

Autor: Marek Jastrząb, Gatunek: Proza, Dodano: 12 grudnia 2017, 14:18:01

 

Spotykam się i rozmawiam na tematy zalatujące polityką. Najlepiej czuję się w otoczeniu ludzi, którzy mogą mnie nauczyć czegoś, o czym mam blade pojęcie, powiedzieć o czymś, czego nie wiem, a o czym powinienem wiedzieć, sprowokować do wyłącznie takiego myślenia, które pozwoliłoby mi rozumieć, że świat, w którym żyłem, istnieje nadal. Toteż miałem czelność przebywać w nieprzemądrzałym środowisku niegłupich.

Ale jak wszystko, co dobre, traci wartość i przemienia się w ulepszenie nazywane pogorszeniem, tak i mój odbiór ludzi sparszywiał:  jeszcze nie tak dawno nie miałem najmniejszych obaw, że gdy powiem o czymś, co będzie nie po ich myśli lub spotka się z ich dezaprobatą, to będziemy dotąd dyskutowali, dokąd nie dobrniemy do jakiegoś wspólnego punktu porozumienia.

Teraz mogę się spodziewać, że nie czeka mnie nic pozytywnego, a w zamian -  szyderstwo braku dyskusji, oraz gorzka pewność, że zostanę obsikany dobrym słowem lub oberwę w kontestacyjny pysk: ci sami ludzie nie przyznają się do mnie. Starają się nie dostrzegać ani mnie, ani zachodzących zmian: ruchów polegających na uładzaniu zegara Historii. Na cofaniu go do momentu, gdy znowu nastanie komuno wróć.

Oczywiście, cofanie odbywa się po cichu i robi się je prawie niezauważalnie, jak gdyby przy okazji, mimochodem, tak, by w trakcie zachodzących gwałtów można było śpiewać: nic się nie stało!

Dzisiaj moi pozostali, a coraz mniej liczni znajomi nie chodzą ulicami z podniesionym czołem, śmiało, pewnie, z uzasadnionym poczuciem braku winy  za cudze grzechy, ale zgarbieni, skuleni, ze wzrokiem wbitym w trotuar, przemykają pod murami kamienic: podążają smętnym szlakiem powrotów nakierunkowanych na  obskurantyzm i parafiańszczyznę.

Mam świadomość, że to dzięki ludzkiej bierności narastają obyczajowe i światopoglądowe różnice nie do pokonania, nasila się przyzwolenie na faszyzm, że po staremu jesteśmy zastraszani, boimy się samodzielnie myśleć, wyrażać własne zdanie, lękamy się zawistnych kreatur z ideologicznego świecznika, donosicieli, oszczerców, cmokierów wyłuskanych ze ścieków; mam świadomość że brakuje mam  definicji różnicy pomiędzy dobrem, a złem, odczuwamy niedostatek określenia granic między odwagą a tchórzostwem, i mimo to, że o tym wszystkim wiem i ubolewam nad swoją bezradnością, to przecież, mając tego rodzaju odczucia, zwarcie i karnie, dziarsko i solidarnie z resztą protestujących, wkraczam na przygotowany szafot.

*

Charakterystyczną cechą obalonego systemu było kłamstwo. Już w cynicznej nazwie: Polska Rzeczpospolita Ludowa, zawierały się trzy nieprawdy.

Polska nie była tym krajem, o którego niepodległość walczyli nasi przodkowie. Jak inne, wcielone do sowieckiego systemu niesprawiedliwości społecznej, była podbitym państwem. Nie należała do republik, ponieważ ta forma społecznego przymierza powstaje w wyniku wolnych wyborów, a wolne głosowanie stanowiło fikcję. Nie miała nic wspólnego z ludem, gdyż lud traktowano instrumentalnie (w zależności od politycznych potrzeb, władza albo nadawała ziemię {reforma rolna}, albo ją odbierała, organizując groteskowe latyfundia zwane Państwowymi Gospodarstwami Rolnymi, a chłop nie miał w tej sprawie nic do powiedzenia).

Do chwili rozpadu oflagu przyjaciół miłujących pokój, nasz kraj nie był państwem demokratycznym, prawo zaś nie służyło ochronie interesów społeczeństwa, lecz partyjnym kaprysom grupy sprawującej władzę.

Prawda to podstawowa i niemal banalna, że Państwo jest dla narodu, a nie odwrotnie. Teoretycznie można rzec, że jest znana od lat, lecz co z tego? Choć wiadoma, to w krajach tak mentalnie skołowanych jak nasz, nie istnieje!

Jakkolwiek buntujemy się, wmawiamy sobie, że nie myślimy w ten sposób, niesmoleńskie fakty przekonująco wskazują, że prawda jest inna, niż chcemy, by była: naród jest dla państwa i nie ma gadania.

Zamiast w państwie, żyję jako  pacjent zapuszkowany w psychiatryku. Niby jestem u siebie, w swoim niepodległym kraju, ale w rzeczywistości pętam się po kraju nad Wisłom, gdzie najważniejsi to my som, jak w wierszu o wandalach pisał w Przekroju L.J. Kern. W kraju rojnym i plugawym od naprawiaczy. Błąkam się po fabryce psychicznych odpadów, po zakładzie utylizacji logiki, po miejscu, w którym niedobitki mądrych ludzi chodzą w kaftanach bezpieczeństwa, a pieczę nad nimi sprawują Obywatele Przekręty, Szachraje i Spieprzacze z paralizatorami.

 

Od prawie dwustu lat (z drobną przerwą na dwudziestoletnią niepodległość) szarpano naszym krajem na różne strony. W tak zwanym międzyczasie, przeżyliśmy zabory i dwie okupacje. Różne patriotyczne chorągiewki dzierżyły w rękach nasz los. A myśmy dawali się nabierać.

Kto pamięta ów zgrzebny czas, kto przypomina sobie, o co szło w Gdańsku, jak rozpaczliwie i nadaremnie wołano o zniesienie dysproporcji w podziale dóbr, kto pamięta, z czym wtedy walczono i jakie były tej walki ofiary, choćby w Kopalni Wujek, w Radomiu, Poznaniu, Gdańsku, ilu wartościowych ludzi zginęło, straciło pracę, dobre imię, ilu zmuszono do emigracji, do bycia gołym i niewesołym, a ile osobistości pumeksowego honoru do tej pory trzyma się nieźle i do teraz, migając się od kar, nadal barłoży swoje eciepecie, nadal pęta się po cudzym życiu, temu do śmiechu nie jest.

Daleko mu do zwesołkowacenia, bo zdaje sobie sprawę, że znowu zaczynamy dreptać w stronę ciemności: wciąż są równi i nadrówni, kwitnie dyletanctwo, rozwija się nepotyzm i lęgną się chałupnicze metody naprawy kultury, nauki, służby zdrowia. Dalej pleni się pogarda dla człowieka, szerzy łapówkarstwo, rośnie buta i pączkuje administracja. Obłuda, przemoc i fałsz są coraz częstszymi zjawiskami.

Kto pamięta sielankę tamtych dni, te płaczliwe usprawiedliwienia władz, dlaczego nie dowieźli sznurka do snopowiązałek czy luksusowych produktów o tępej nazwie żyletka, musi patrzeć na nią w sposób pozbawiony sentymentów: z konsekwencją i bez upiększeń. Przekazując młodym pokoleniom liczne obrazy tego, jak to dawniej bywało. Ku przestrodze.

*

W nie tak dalekich czasach, moim poczynaniom towarzyszyło argusowe oko Wielkiego Brata. Ten wschodni koleżka określał mi ramy przyszłości, a moja rola ograniczała się do radochy ze smyczy, obroży i kagańca. Prowadziłem więc jedwabne życie idioty i mogłem pokrzepiać się myślą, że mój kraj dysponuje najdłuższym łańcuchem w obozowej psiarni, a na dodatek mogłem wyć ze szczęścia, bo wmówiono mi, że nareszcie mam coś swojego, jestem u siebie i nikt mnie nie postponuje.

 

Okazało się jednak, że z ziemskich dóbr mam tylko WŁASNE pchły, a reszta, mówiąc językiem Szekspira, jest milczeniem, gdyż znowu mam PRAWO DO AKCEPTOWANIA JEDYNIE SŁUSZNYCH ZALECEŃ.

*

Kiedyś mówiło się ”wraca nowe”. Kiedyś? Ejże: sformułowanie Antoniego Słonimskiego jest ciągle aktualne: powracające nowe mamy wciąż, a kto wie, czy aby nie dożywotnio; stale i na każdym kroku możemy obserwować efekty reformatorskiej krzątaniny fachowców od psucia powietrza.

Jesteśmy zafascynowani pozorami, uprawianiem pustosłowia, poruszaniem tematów zastępczych, podczas gdy te, które należałoby rozwiązać natychmiast i całkowicie, włóczą się po poselskich umysłach w nieskończoność.

Skazujemy się na wasalstwo i już nie potrafimy żyć bez popełniania błędów. Po staremu nie stać nas na wykreowanie międzyludzkich więzi czy realizację odwiecznych marzeń o społeczeństwie obywatelskim, bo powróciło nowe; jeszcze nieoficjalnie, jeszcze kuchennymi drzwiami, powolutku i cichcem, lecz już jest.

Komentarze (0)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się