Opowiadania z cyklu "Staruszkowo"

Autor: Marek Jastrząb, Gatunek: Proza, Dodano: 13 sierpnia 2012, 09:23:47, Tagi:  Staruszkowo

Podziemia

Winda towarowa przewoziła też wędrowców z nogami na oponach. Kiedy stawała na dole, widziało się rozwidlony tunel. Podziemne korytarze były oświetlone. Jego szersza odnoga prowadziła do kuchni. Stąd, w termosach zastępujących poprzednio używane kotły, przybywały do jadalni na piętrze – gorące dania. Drugie odgałęzienie wiodło do świeżego powietrza, do gładkich, nasłonecznionych alejek parku.

Za drzwiami z wyjściem na zewnątrz, znajdowała się pralnia połączona z dezynfekcją. Za dezynfekcją rozlokowały się pomieszczenia z odwszalnią i obrębialnią, w których krochmalono, poszerzano lub nicowano ubrania mieszkańców, ich odzież, przetartą w szwach, rozłażącą się w rękach i zniszczoną wiekiem, proszkiem lub chlorem.

Za pralnią mieściła się główna lompownia, centralne składowisko zatęchłych szmat pozostałych po nieżywych, butwiejących w pamięci. Wartościowe, do których krewni zapomnieli rościć pretensje, w miarę przyzwoite, szły na renowacyjną kupkę i wracały do innych lokatorów domu. Natomiast strzępy po niegdysiejszej świetności, strzępy upstrzone dziurami na łatach, trafiały do pieca.

Lecz magazyn zawierał również pękate, foliowe pakunki zaplamionych piżam, prześcieradeł i powłoczek. Zostawały tu odkażone, by, wyprasowane i w pachnącej postaci, trafić z powrotem na poszczególne oddziały.

Dyżurka

Było to pomieszczenie rozległe. O szóstej rano oddziałowa dokonywała codziennego układania pigułek i mikstur. Na tacki z nazwiskami chorych i numerami zajmowanych przez nich sal, wędrowały zaordynowane leki. Ci, którzy mogli zjawić się w niej o własnych siłach, otrzymywali bandaże, plastry i ligninę, opatrunki maskujące zniekształcenia. A ci, którzy znajdowali się w stadium oczekiwania na przeniesienie na neurologię, nie spodziewali się już niczego.

Pomiędzy siódmą, a śniadaniem o ósmej stawała się pokojem socjalnym. Przemieniona w odpoczywalnię, leżakownię odizolowaną od dźwigania i podmywania, zmieniania podkładów i prowadzenia do ubikacji, od wylewania nocnej zawartości kaczorów i opróżniania podsuwaczy, od sprzątania, odkurzania i wyrzucania rzeczy zbędnych do zbiornika na gałgany. Zziajane pielęgniarki i salowe uwalniały się tu od wysłuchiwania ciągle tego samego repertuaru skarg, plotek i rykoszetowych pomówień, wyzwalały od wdawania się w błahostkowe spory pomiędzy zwaśnionymi mieszkańcami, od bycia ich mediacyjną spluwaczką, wysłuchiwania ich mamlających zwierzeń, orzekania o czyjejś wydumanej winie i stawania się sprawiedliwą stroną konfliktu.

Równo z zakończeniem porannych toalet, od siódmej do rozbieganej godziny karmienia tych, co nie byli w stanie dojść do jadani, podnieść się z łóżka, ruszać ręką, chwycić za talerz bez rozlewania zupy, czy przełykać bez pośrednictwa wężyka, dyżurka przepoczwarzała się w kawiarnię, w lokal do mówienia o wszystkim, co istniało poza zakładem, byle nie o tym, co działo się za zatrzaśniętymi drzwiami.

Empatia

W dni wolne od znieczulicy przybywali do Domu zatroskanymi tabunami krewni, specjaliści od wydziwiania i załamywania rąk. Przylatywali do nich, by zaliczyć egzamin z miłości bliźniego. Wzrokiem tłustym od pociechy wychwytywali każdą najmniejszą, niepokojącą zmianę. Szukali jej jednak nie w siostrze, mężu, czy staruszku, ale w szafach z bambetlami, na ścianach, gdzie, stwierdzali ze zgrozą, ostatnio było gęściej od malowideł, srebrnych lichtarzy, pozłacanych łyżek, przedmiotów cenniejszych od ich posiadaczy. Zanim zdobyli się na męstwo, by wujka, babcię, czy matkę ucałować i zapytać o samopoczucie, upewniali się, co z Malczewskim i gdzie do diabła podziewa się Boznańska.

Staruszek gmatwał się w przeprosinach jak uczniak przyłapany na wagarach. Był wystraszony, że na dobre rozgniewał zięcia, który w odwecie da mu popalić, zemści się na nim ofiarowując wnukowi zero wszelkich wizyt. Obawiał się, że wnuczek będzie miał od tej chwili dodatkowe zajęcia, tenis, angielski, korepetycje z komiksów lub dyplomatyczną alergię na Dom.

Kąpiel

Przed obiadem o pierwszej, tak gdzieś w okolicach jedenastej, można było zobaczyć wesołą kawalkadę ochotników wytypowanych do kąpieli. Rykszami do ekspresowego przewożenia, dzierżąc w dłoniach berła imitujące skrobaczki szlifujące plecy, roześmiane staruszki mknęły korytarzem do łazienki.

Babcie, kiedyś godne zazdrości kobiety, kiedyś ogniste dziewczyny, podlotki z własnymi zębami, rozpaplane w botanicznych ogrodach, przepojone młodością i ochotą na zmierzenie się z życiem, wypełnione pomaturalnymi planami, zajęte beztroskim chodzeniem na randki z tysięcznym jedynym, płaczące, niekiedy bez powodu, a niekiedy z powodem, którego już nie pamiętały, drżąc z zimna, siedziały na krzesełku przy wannie, okryte frotowym ręcznikiem i być może po raz pierwszy w życiu czuły się tu jak królowe, być może nikt nigdy przedtem nie dbał o nie w taki sposób.

Z tomu opowiadań przewidzianych do druku w wydawnictwie PISARZE.PL

Komentarze (4)

  • Prawdę o naszej cywilizacji i kulturze (białego człowieka - jakby powiedział Łysiak) tam możemy znaleźć, w Staruszkowach. Jest to bardzo smutna prawda. Co ja piszę, to straszne, ohydne, p-o-t-w-o-r-n-e. Nikt tego nie widzi. Ani Państwo, ani Kościół. Tam nie ma polityków i księży. Tekst świetny. Gratuluję i pozdrawiam.

    • Ir _
    • 13 sierpnia 2012, 12:08:31

    Czytałam już "Staruszkowo". Porusza najgłębsze pokłady .

  • To dobra i ważna książka. (Będę się domagała dedykacji na kupionym przeze mnie egzemplarzu).

  • Ja wręcz zażądam.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się