Osobiste spojrzenie na Honoriusza Balzaka (4,5,6)

Autor: Marek Jastrząb, Gatunek: Proza, Dodano: 26 lipca 2012, 06:02:33, Tagi:  Honoriusz Balzak

Przymiarka

Z rodzinnych narad i optymistycznych kalkulacji wynika, że Honoriusz jest najbardziej obiecującym kandydatem do odbioru nagrody imienia Złotego Cielca, jedzie więc do Paryża po literacką sławę.

Wkrótce czar pryska: pora mu do żmudnej, codziennej, niewdzięcznej roboty, do historycznego wypracowania mozolnie dzierganego wierszem, do dramatu pod zuchowatym wezwaniem "Cromwell".

Pisze go uskrzydlony determinacją, ponaglany wiarą w swoje siły, ufnością  potwierdzoną mizernym  rezultatem. Właściwie nie tyle go pisze, co kalikuje, wymęcza go z siebie, beztrosko zżyna z Mistrzów Uznanych i Tytanicznych, podwędza im poszczególne pomysły i dramatyczne rozwiązania, kosmetycznie syntetyzuje i ma za swoje.

Grube  fastrygi są aż nadto widoczne i nawet ci, którzy o twórczości nie mają bladego pojęcia, oceniają poemat Balzaka jako nieszczególny. Jednoznaczna opinia o tym arcydziele nudy, nie załamuje Honoriusza; zadufanym okiem wyobraźni dostrzega dla siebie szansę w powieści, ale... do "Jaszczura" droga daleka...

Pragnie zmienić się, lecz nie wie, jak. Jeszcze. Przeraża go to, co jest, ale nie wie, czy zła aktualnego, nie zastąpi gorszym. Robi dalekosiężne plany. Chce się wynieść ponad poziomy. Świat, który ma zamiar zawojować swoim pisaniem, jednym oferuje nadzieję, innym pokazuje język; jedni są okrzyknięci za urodzonych w czepku, są przeznaczeni do piastowania, zasiadania i dzierżenia, a inni są ich majordomusami urodzonymi we frygijskiej czapce; Fortuna nie patrzy, kogo, za co i czym obdarza... Chyba, że ten ktoś nazywa się Balzak.

Cierpliwość i wyczekiwanie

"Ludwik Lambert", to jego curriculum vitae. Przerażający to portret: jako Pomocnik Kowala d/s Ludzkiego Losu, bytuje w glorii swoich dzieł, natomiast w świecie burym, niedopasowanym do mrzonek, porusza się ostrożnie, bez wdzięku. Nie jest twórcą lekceważonym, oryginalnym przez grzeczność, pisarzem, który żyje w bagnie złych interpretacji; godzi się z tym, że jego utwory są pojmowane nie do końca, częściowo, tylko w miejscach wartko toczącej się fabułki, tam, gdzie czytelnik jego prozy może rozpoznać się i utożsamić z bohaterem.  Lecz kiedy zaczyna stawiać hipotezy i przyjmować ryzykowne założenia, gdy puszcza się na hazard pouczających deliberacji, kiedy podejmuje się budowy własnych systematów, gdy wdaje się w przewidywanie przyczyn degradacji obyczajowych i zabiera za wyznaczanie przyszłego kierunku społecznej drogi - utwory jego nie trafiają do powszechnej świadomości odbiorców. 

Jednak nie ma o to pretensji. Rozumie, że taka jest kolej rzeczy. Nie ma żalu o to, że tyle czasu zajmuje im rozpoznanie najczystszego talentu. Na ten temat ma pocieszającą teorię: uważa, iż utwory chybione, przelotnie dobre i z gruntu słabe, są skazane na zapomnienie. Toteż społeczeństwo traktuje je z przymrużeniem oka. Pozwala im figlować w zbiorowej świadomości tylko przez chwilę; do czasu powstania następnej lichoty. Natomiast od dzieł poważnych, odpornych na blichtr i trwałych, ludzie wymagają więcej, ponieważ jeśli mają one rozwijać literaturę, muszą być bez skaz; dlatego ich uznanie tak długo trwa.

Stracone złudzenia

Paryska wycieczka Lucjana Chardon de Rubempré, (bohatera powieści „Wielki człowiek z prowincji w Paryżu”), jest podróżą Balzaka. W odróżnieniu od Lucjana, Honoriusz nie należał do psychicznych ułomków. Balzak jest Lucjanem, lecz nie ze względu na brzoskwiniową urodę i minimalny talent, ale - z uwagi na nadzieje związane z Paryżem.

Z łatwością można było zaspokoić pretensje do wzniosłego samopoczucia. Starczyło robić dobre wrażenie, mieć okolicznościowy,  myślący wzrok polakierowany przenikliwością, odprasowany przyodziewek, głowę w niebytach, zaświatach i mgle, bywać w salonie, w którym, na stanowisku Wyroczni i Bezdyskusyjnej Muzy, zasiadała czcigodna pani Maria Luiza Anais de Bargeton   z  domu  de Negrepelisse. Wystarczyło tylko konwulsyjnie trzymać się jej łapki, wnikliwie wzdychać do jej zwiotczałych wdzięków, mieć omdlałą minę podczas czytania wierszy o sielskim życiu usłanym sonetami ze stokrotek, być w niej od stóp do głów nieszczęśliwie zakochanym.

W zacisznym grajdole Francji, w zapyziałej mieścinie  Angoulěme, tak. Natomiast w Paryżu – nie. Dla Lucjana, Wieszcza z  Nizin, Wielkiego Nieudacznika  z Prowincji, Pierwszego Wybitnego Wśród Miernych, należącego do kategorii ludzi słabych a chciwych, o miłym sercu, lecz nikczemnym charakterze, synka pigularza, Lucjana Chardon, rozpieszczonego przez matkę i siostrę, poety nadaremnie pchającego się na herbowe pokoje z lokajami, wyprawa ta była zapowiedzią gruntownych zmian streszczających się w słowie „nareszcie”. Nareszcie zostanie zauważona jego wielkość, wreszcie znajdzie się na dobrze urodzonym miejscu i jego zdolności zostaną docenione zgodnie z ich rozmiarem.

Lecz w mieście stołecznym, w skupisku wielokrotnie przewyższającym zaściankowe śmiesznostki, wśród dywizjonów  elokwentnych pieczeniarzy, wpisowe za zadawanie szyku stawało się zbyt wysokie dla ludzi pokroju Lucjana; ginęli zagryzieni przez tłum sobie podobnych, a tęsknota za powodzeniem umniejszała ich niedawne skrupuły, stawała się  nawykiem (w szczerej rozmowie z Lucjanem Chardon, Stefan Lusteau, dziennikarzyna z gatunku sprzedajnych z rozsądku, wyznaje: "sumienie, mój drogi, to kij, który każdy bierze, aby nim grzmocić sąsiada, ale którym nigdy nie posługuje się dla siebie").

Życie finansowo skromne i oszczędne, prowadzone na cynowej zastawie, zamiast na porcelanowych talerzach, wymagało poświęceń, kompromisów, ustępstw, powolnego, lecz nieuchronnego wycofywania się z marzeń o sławie , rezygnacji z poprzednio wyznawanych ideałów, tak prowadzone życie nie sprzyjało wątłym naturom: rzucone na głęboką wodę paryskiego bajora, nie były w stanie utrzymać się na jego powierzchni, a co dopiero płynąć pod prąd.

*

Paryż, sierociniec szczęśliwości, podziemna oranżeria złudzeń, okazał się lęgowiskiem sceptycznych poglądów. Napuszony klimat spleciony z chłodnym rejestrowaniem ludzkich zachowań, uzależniony od miejsca rozgrywanej akcji, od ich smaku i obyczajów narzuconych przez egzystencję, wyznaczał ludziom dualistyczną rolę w społeczeństwie. Na wstępie, zanim nauczyli się redukować swoje potrzeby i zachcianki, nim zadowolili się lada ustronną kanciapą, tudzież skromnym jedzeniem za Bóg zapłać, nieraz przyszło im złorzeczyć na topniejące zapasy wiktuałów przywiezionych z domu i żałować nazbyt pochopnej decyzji o podboju stolicy. Zasiedziali wyżeracze paryscy wykorzystywali naiwność tych natur, starając się wycisnąć z nich wszystkie pozostałe soki uczciwości i obrócić je na swój pożytek: wiedzieli, że głodny, obdarty, zaniedbany przybysz z dalekiego departamentu prędzej zgodzi się na niezaszczytne porozumienie i szybciej zawrze pakt z szatanem, aniżeli - syty. W ten sposób rozmnażały się kadry szubrawców o gołębim sercu: duchowi zdechlacy godzili się na paradowanie w obroży z luksusowych mrzonek, stawali się moralnymi brzuchomówcami, wtykali własne zapatrywania do pustej kieszeni i tracili energię na rozsiewanie dwulicowych uśmiechów, a ich obecny rozum dostosowany był do aktualnej akceptacji otoczenia.

*

Lucjan, podobnie jak Balzak, jest człowiekiem o dyskusyjnym szlachectwie. Jak Balzak, ma nieprzyjemność zaznajomienia się z dziennikarskimi kurtyzanami. Jak Balzak, samotny i nieznany, gnieździ się w obskurnym i nieprzytulnym pokoiku, jada w knajpie u Flicoteaux’a i odkrywa, że w świecie, wcale nie tak uduchowionym, jak sądził, w salonach, buduarach i garsonierach, do których nie może się dostać, w obszarach naznaczonych stygmatem przekręconych intencji i fałszywych luster, w wyśnionym Paryżu, tym kamiennym rezerwacie szczęśliwości dla cwaniaków, miejscu pojedynków na szyderstwa, imputacje i kpiny, rządzą te same prawa co tam, skąd uciekł. Stwierdza więc, że nie ma różnicy między zaściankiem z umysłowej nędzy, a szykowną nędzą wielkomiejskich umysłów, gdyż miejsca te dzieli tylko  skala, proporcja.

Tak Honoriusz, jak i Lucjan, nieświadomi czekających zagrożeń, przybywali tu razem z tysiącami innych myśląc, że są jedynymi, których spotka kariera, jedynymi wybranymi w tym ludzkim zlewisku dążeń, podczas gdy już wkrótce przekonać się mieli, że stworzyli sobie nieistniejący obraz świata, w którym nie ma miejsca na sławę i zaszczyty poparte umiejętnościami, a o człowieku świadczy nie zawartość mózgu, ale pozerstwo, emblemat, nazwisko. O tym, kim się jest i co się sobą rzeczywiście przedstawia, decyduje zawartość sakiewki: można być pokazowym bałwanem, byleby się miało odpowiednie apanaże, koneksje i lada jakie szlachectwo. Niestrudzony marzyciel, Honoriusz, koneksje miał bajecznie złe, a szlachectwo - doszczętnie wątpliwe, pozostawała mu więc tylko harówka; tworzy powieść podszytą biografią, powieść o roztrwonionych umiejętnościach i wyśrubowanych nadziejach; historię upiększoną o miłosny wątek Lucjana przyczepionego do smętnej Koralii.

cdn.

Komentarze (0)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się