Osobiste spojrzenie na Honoriusza Balzaka (7,8 i epilog)

Autor: Marek Jastrząb, Gatunek: Proza, Dodano: 27 lipca 2012, 12:23:40

Zapowiedź zwycięstwa

Rok 1831 był zaznaczony Jaszczurem, filozoficznym zamyśleniem nad rolą czasu w życiu człowieka, nad ulotnością jego pragnień. Początkowo arcydzieło swoje traktuje z lekceważeniem; za blisko siedzi w opowiadaniu, by mieć do niego właściwy dystans. Jaszczur znajdzie kontynuatora: temat przemijania pragnień rozwinie i zmodyfikuje Marcel Proust.

Życie, dotąd szare i zamulone gwarem ulic, turkoczące powozami uwożącymi pospiesznych ludzi, kiedyś dla niego niedostępne i nieprzystępne, odmieniło się z nagła. Naraz zaczyna się niemal szczerze wypowiadać na temat jego pisania i zaczyna być o nim głośno. Oczywiście, że ględzi się jeszcze o jego laskach i przywarach, ale coraz mniej i cieniej. Co prawda pomniejsze pieski gryzą go nadal, ale czynią tak tylko z rozpędu, z przyzwyczajenia do zawiści:. ich dyszkanty i prześmiewcze ataki już nie wyrządzają mu krzywdy.

Sukces wywalczony Jaszczurem, choć bezsporny i choć rozpoczyna triumfalny pochód, bieg ku sławie, pęd trwający do teraz i sięgający poza granice dającego się przewidzieć jutra, nie przyniósł Honoriuszowi finansowego ukojenia. Jak zwykle, nie ma grosza na zdrowy rozsądek, jak zawsze dba o wydumane interesy, inwestuje nie w teraź­niejszość, lecz w przyszłość. W teorii, światowiec, w praktyce - dzieciak zaplątany w tryby epoki, radzi sobie z prozą życia, uciekając w jej poezję; wchodzi we własną, konkretniejszą od realnego brudu swojej  epoki.

Problem długowieczności, echo przekonań ojca, Franciszka Bernarda de Balzak, popularyzatora idei Jana Jakuba Rousseau, naturalisty, maniakalnego zwolennika chodzenia spać razem z inwentarzem, propagatora umiarkowanego jedzenia, wyznawcy wewnętrznej, fizycznej i psychicznej kontentacji organizmu, jego spokoju i względnego wyciszenia, problem ten był Honoriuszowi znany od kołyski, gdyż stanowił w domu odwieczny temat familijnych gawęd.

Ewelina

Jego prywatny, domowy rynsztunek, to habit, strój przywdziewany do przymusowej, regularnej, rzemieślniczej pracy, codzienny ubiór służący skupieniu nad tworzonym tekstem. Kiedy pojawia się wśród innych pisarzy, w oczach ma iskierki rozbawienia. Rozluźniony i oswobodzony z nadmiaru wrażeń, odpoczywa od poważnego myślenia. Gada byle co i byle jak, bez sensu, nierzadko - logiki.

Nie musi udawać wielkiego człowieka. Ma świadomość swojej wartości, może więc, podobnie jak bohater jednego z dzieł „Komedii Ludzkiej”, Jakub Collin, powiedzieć: „… nie uważam się za wielkiego człowieka! JESTEM NIM!” Natomiast  gdy pozostaje sam, odizolowany od pustej gadaniny, w nocy i ciszy, zanurzony w rękopisach, z dala od rejwachu przyjaciół, okiem wytęsknionej wyobraźni dostrzega  bezkresne, równinne połacie zbóż: kolorowe stepy zagadkowej Ukrainy. Widzi i wspomina,  że był tam osobistością szanowaną i podziwianą, kimś ważnym, otoczonym  miłością, ale ważnym tylko dla siebie.

Dla ludzi, u których gościł, a więc hrabiego Hańskiego i jego żony, Eweliny, uchodził za ciekawostkę, rozrywkowe urozmaicenie nudnej egzystencji. Tak hrabia Hański, jak i Ewelina, odnoszą się do Honoriusza z dobrze zamaskowanym, dumnym lekceważeniem: mają go za ekstrawaganckie stworzenie o artystycznych nawykach, urozmaicenie monotonnego krajobrazu, jest dla nich mglistym pojęciem obrosłym w „zajmujące” powieści. Ich opinie na temat twórczości Balzaka są powierzchowne, lecz zgodne z modą. Przyjmują go w swoich włościach, bo miło nosić popularny breloczek. Nie jest przecież dobrze urodzonym; wszak to tylko pisarzyna z kałamarzem w herbie!

Odległy, lecz dobrze znany głos Eweliny Hańskiej jest z nim blisko,  on zaś, złakniony zakazanej, arystokratycznej miłości, wierzy mu lub nie, ucieka w morderczą pracę nad swoimi literackimi tekstami, szuka ukojenia i podniety zarazem - w kawie, gdyż czuje za dużo, by odpisać  za mało; przeżycia, to zadry, trwałe rany uwidocznione postępowaniem. W kameralnej, ascetycznej scenerii biurka, gęsiego pióra, inkaustu i wymiany korespondencji z Eweliną, wspomina nieczęste chwile spędzone razem.

*

Kochał nie ją, lecz naiwną teorię na temat miłości, swoje zamglone wyobrażenie, namiastkę tęsknoty za uczuciem. Jest stały w swojej niewierności, a jego świat okraszony jest niezmożoną ilością miłosnych pomyłek.  Za, przed i po Rewolucji, Wielkiej, czy Lipcowej, miłość była towarem deficytowym, abstrakcyjnym, iluzorycznym i być może z tego powodu nieosiągalnym dla niego, bo pięknym i sztucznym jak próchno udające kwiat.

Dla Balzaka Miłość Prawdziwa istnieje tylko między bajkami. Prawdziwa, nie jest jednostronna, lecz wzajemna. Zraniona, odepchnięta, wystawiona na pośmiewisko, bywa karykaturą upragnionej, przemianą w swoją odwrotność. Miłość w potocznym rozumieniu, to  ślepa gra niewidomych namiętności i schodek do kariery: parostwa, czy perfumerii. Wyrachowana zamiana społecznej pozycji. Przesiadka z trotuaru do powozu, z jaskółki do loży, z całowania pańskiej klamki do bycia jej właścicielem. To rzekomy interes; rzut w niepewne, skok w złudzenia, brawurowy cwał żarliwości połączony z człapiącą agonią uczuć.

Czysta, gorąca, wzajemna, w otaczającym świecie występowała incydentalnie. Tak rzadko, że niejako wcale. To wyścig do majątku; z kotem w worku na głowie. Miłość, to kochanka w powozie i Rotszyld w liberii na koźle. Albo bezpardonowa walka na podstępy, intrygi,  wzajemne bijatyki i poszturchiwania. Utwory jego nadal są aktualne, jak usposobienia malowanych przez niego kobiet. Listownie go uwielbiają, utwierdzają w przekonaniu, że je zna, a on, podekscytowany i szczęśliwy bez reszty, wodzi zmęczonym wzrokiem za byle suknią.

W odwet za ziemskie porażki narzuca czytelnikom własne obrazy kobiet, potworków wyssanych z autopsji i awanturniczych dykteryjek, przenosi je na papier, a pisząc o nich ze swadą, wtłacza w powieści rozliczne ambasadorki mętnych spraw, jawnogrzesznice o gdaczącym rozumku, megiery paplające wytresowane, głodne kawałki, wyrzucające z siebie oficjalne biuletyny o rotacyjnych nastrojach, płodzi misterne, zniewalające, rozkoszne Drętwy („Blaski i nędze kurtyzany”) , które kochają za krótko, za żarliwie i za bezinteresownie, by były prawdziwe, które są poślubione śmierci, skazane na grzech, występek, zbrodnię, tworzy pięknotki zdarzające się w snach,  wojownicze insekty przywleczone z najgorszych koszmarów, chciwe na uwielbienie, cwane kręgosłupy swoich galeretowatych mężów, kochanków i absztyfikantów, kobiety - anielice, kobiety - muszki, kobiety - gnidy i kobiety - klęczniki, które stroją przed audytorium kontrolowane fochy, mają  niszczące wymagania, posługują się  myślami pasującymi do koafiury.

Opisuje przechery, posępne matrony, żylaste szkapy, kute na cztery nogi, przeżarte cynizmem, sprężyste w gadce, pyskate, gderliwe babsztyle udające ciotki Jakuba Collin, „Azje” i „Europy” („Po czemu miłość wypada starcom”), których jedynym zajęciem jest sprawianie sobie przyjemności, które tolerują mężczyzn tak, jak znosi się cudze zwyrodnienia, bawią się nimi, jak kot bawi się strachem z myszy; zawsze pod bronią, skoncentrowane na sobie, demonstracyjnie tkliwe i  przeważnie bezgrzeszne. Mężczyzna nie ma u nich szans, jeżeli jest karmiony szpakami, jeżeli ma niedochodowe przywary lub ubogich krewnych. Staje się interesujący i powabny, kiedy można go zeszmacić, oskubać i wypchać, gdy za głośno nie narzeka na niecny los jelenia.

*

Balzak, jako erotyczny turysta, jako amant od wielkiego dzwonu, cierpliwie dojeżdżający do humorzastych wdzięków Eweliny, ma bezsporną zaletę: jest za daleko. Otrzymywanie od niego listów bawi ją, zaspokaja próżność. Jej altruizm podszyty jest egoistycznymi względami; przestrzeń dzieląca ją od pisarza jest ratunkiem przed opinią doktrynerskiej ławicy krewniaków troszczących się o jej morale, o niedeptanie Carowi po imperialnych odciskach, o nie niszczenie mu jego łaskawej wrogości do Polaków, o utrzymanie złudzeń po [niegdyś] bezwstydnie pokaźnym bogactwie. Obawia się w nim inteligentnego szaleńca, rozrzutnego pisarza po uszy zanurzonego w długi, nieobliczalnego geniusza wstrząsanego chroniczną iluzją pragnienia wyjścia na prostą. Pruderyjna sensatka i  zrzędliwa syrena jednocześnie, myśli o nim z ostrożną tkliwością rozkapryszonej "skąpicy" [listy Balzaka do Hańskiej]. Z wielkiego wszędzie i nigdzie, z domu wypełnionego dobrobytem,  dokonuje mu małostkowych ocen postępowania, zwodzi go obietnicami rychłego małżeństwa, jednocześnie  trzyma go na smyczy z dobrych rad i piłuje bezustannymi apelami o zachowanie rozsądku, i trzyma na dystans: z dala od swoich peniuarów.

Bez większego uszczerbku mogłaby zlikwidować jego finansowe zobowiązania,  lecz wie, że metoda skrócenia mu trosk obróciłaby się przeciwko niej, przyspieszyłaby się bowiem chwila legalnego związku z niepoprawnym utracjuszem, no i  moment, gdyby, jako mąż, zaczął puszczać się na swoje bankructwa. Do tego warto by zadać sobie czysto retoryczne pytanie: czy pisałby bez bata niepewności?  Zwleka więc z podjęciem decyzji o małżeństwie do chwili, gdy upragniony mariaż staje się dla niego spóźnioną rekompensatą twórczej niemocy, gdy może być tylko bezwładnym kibicem własnego szczęścia, daremnym obserwatorem spełnionych rojeń [na kilka miesięcy przed zgonem, dochodzi do ślubu (1850, Berdyczów), na który czekał kilkanaście lat].

*

Kiedy Ewa nie odzywa się przez tygodnie, Honoriusz nie tworzy. Wyfruwają z niego dobre pomysły, nie ma w mózgowej przechowalni odpowiednich słów, słów też więc zapomina co i rusz, mało co mu się klei, a wszystko wydaje mu się nie takie, jak planował, niezręczne, wydumane, dęte, nadęte i pokraczne;  niepokoi go, mąci mu resztkę optymizmu cała ta sarabanda z oczekiwaniem, te miłosne zgrzyty i niepotrzebne korowody. Ale gdy na widnokręgu pojawia się lekarstwo, list, oficjalny znak pamięci, życie powraca do ustabilizowanych rytmów, słońce świeci znowu, deszcz nie pada tak ciągle, a  czarne oceny świata zabarwiają się na zielono; potrzeba nieustannej adoracji, to silny narkotyk. Kiedy słucha jej cierpkich pouczeń, gdy otrzymuje skwaszoną przesyłkę z Rosji,  stwierdza, że kochanka jest nieznośną formalistką, gdyż odpowiada na jego serenady stylem obrachunkowym, pełnym liczb, kwot i utyskiwań, stylem kaznodziejskim i odcedzonym z miłości. Dostrzega, że Ewelina przedstawia się na tle rodziny, pogrążona w oceanie sprzeczek, napięć i animozji z pociotkami. W takich momentach powinien ją uspokoić, pocieszyć, ujrzeć w niej biedną, uciśnioną, słabą i przez nikogo nie rozumianą kobiecinę, prawie rezydentkę we własnym domu, zrozumieć, że jego zmartwienia są bagatelne, nieważne, przejściowe, więc posłusznie i zgodnie z jej intencjami zmienia je w bagatelki, odwraca kota ogonem i blaguje, i baja i wlewa jej do serca hektolitry otuchy: pociesza ją pisząc, że nie jest tak źle, bywało gorzej, lecz wychodzili z tarapatów, bo mieli siebie, mogli na sobie polegać, drogę rozjaśniało im kochanie, przecież nikt jej nie wypędza na tułaczkę w mróz, a czy perspektywa życia razem z nim, to dla niej nic? Mimochodem nadmienia, że w imię tej umykającej, lecz niezmordowanej wizji, pracuje ponad ludzkie wyobrażenia. Już wkrótce przyjdą pieniężne efekty i sława stanie się podstawą jego bogactwa, a jej dumy. Tłumaczy jej, że zbrodnią wobec własnych nadziei, jest poprzestać na nich; nie robiąc nic, żyć w przeświadczeniu, że się je zaspokoiło, uprawiać wegetację lalusia wiodącego odświętny styl życia, fircyka przytulonego do boku złotodajnej kochanki, tłumaczy, że nie potrafi skazać się na  taką rolę w jej życiu. I wierzy w to, co pisze. Rozpływa się w swoim rozbuchanym kłusowaniu po korespondencyjnych całuskach na dobranoc, a magiczne słowo „wkrótce”, zaciera w nim ponure, złowieszcze słowo „nigdy”.

*

Chciał być jej wilkiem; uznanym przez świat i zalegalizowanym przez Kościół; wilkiem - przywódcą rozwojowego, jeszcze dwuosobowego stada, ale już powiększonego o przypuszczalnego następcę, o nowe wcielenie rodu Balzaków, Wiktora Honoriusza, kontynuatora nieistniejącej  tradycji literackich infantów. Lecz głównie chciał być uważany za wilka oszczędnego, roztropnego i rozważnego, za władcę jednoosobowego haremu, kierownika magazynu intymnych uciech - wypłacalnego i niezawodnego, jakim zresztą widział się w trakcie pisania. Z tym "oszczędnym zamiarem" buduje dla niej „Istny Pałac”, reprezentacyjną norę godną kupionej komody Marii Medycejskiej, ziemiankę ociekającą komfortem, fabrykę beczek bez dna, kosztów za bezcen i pobożnych życzeń na niski procent. Pałac w środku, ruina na wierzchu: obraz ten do złudzenia przypomina Balzaka po ślubie.

*

Na wieść, że za jego sprawą Ewelina znajduje się w stanie odmiennym, szaleje z dumy, czuje się odpowiedzialny za smarkaczowski los przyszłego dziedzica powieściopisarskich splendorów. Honoriusz Wiktor dodaje mu sił, rozpala gęstniejącą krew, pobudza wenę, uaktywnia mrzonki: "Blaski i nędze życia kurtyzany" pisze przez 9 lat (1838 - 1847), ale kolejne  arcydzieło,  "Kuzynkę Bietkę" (1846) - w dwa miesiące.  Jest rok 1847, gdy nadzieje związane z dzieckiem rozpadają się razem z jego przedwczesnymi narodzinami: Ewelina zostaje matką wspomnień po szczęściu, a Honoriusz ból i żal zagłusza syzyfową pracą.

Epilog

Balzak poznaje w Paryżu mechanizmy preparowania wiadomości: tworzenia prawdy z fikcji; fabrykowania niezbitych dowodów z mętnych przypuszczeń. Poznaje prześmiewczą sforę usługowych mędrców, uczonych dyletantów o gibkich światopoglądach, hordę recenzentów gnojących arcydzieła, a wynoszących pod niebo fabularną tandetę,  frazesowych erudytów piszących dla  chleba, dla utrzymania się w dziennikarskim zaprzęgu, ze świętym oburzeniem donoszących o wyczynach Króla, by, obsmarowawszy go w jednym szmatławcu, te same postępki pochwalić w innym, równie przekupnym, lecz należącym do przeciwnego stronnictwa.

Dyktatorzy giełdy w rodzaju barona de Nucingen, Ponsy i Bietki z kolekcji ubogich krewnych, to żyjące wśród nas typy, typy przecież nie wolne od wad, słabostek, ciągotek. Jest mu wśród nich lepiej, niż zwykłym śmiertelnikom, ponieważ są uzasadnieniem jego kompleksów i pechów.

Świat, w którym Balzak tkwi, rządzony jest przez namiętności. Proste, niemal prymitywne otoczenie codziennych spostrzeżeń, przepuszcza  przez filtr swoich przeżyć i doświadczeń. Stworzeni przez niego bohaterowie ugarnirowani są zgodnie z przeznaczeniem, istnieją tam, gdzie ich zasieje. Albo mają rachityczną psychikę, jak Lucjan Chardon („Stracone złudzenia”), albo jak Vautrine, pozują na  ludzi czynu („Po czemu miłość wypada starcom”) lub są niczym d`Arthez: uosabiają pisarską pracowitość, sumienność i odpowiedzialność, czyli są życzeniowym autoportretem Balzaka. Są postaciami pochodzącymi z jego snów o zawrotnej karierze i nieprzeciętnym bogactwie.

Służą mu do życia w rzeczywistej iluzji. Jednakże to jego świat, kraina wydarzeń znanych osobiście, pejzaż dramatycznych aren przetransponowany na prozę "Ludzkiej Komedii"; panoptikum nieprzerwanych obsesji, szelmowska kraina Pana Mamony, w której "gardzi się człowiekiem, nie gardzi się jego pieniędzmi" [„Stracone złudzenia”], to dżungla synekur i niezapłaconych długów, społeczny przekrój stronnictw, obyczajów, historii wyssanych z życia. Przedstawia  panoramę rejentów, galerię konfidentów z "personelu" Corentina, wzorzysty dywan utkany z handlarzy cudzym losem, barwną  krainę wytartych wiarusów Cesarstwa („Pułkownik Chabert”), prezentuje mnóstwo spadków („ Kuzyn Pons”), rent, procentów od sta i chudych łajdaków zastępowanych grubymi fałszywcami (”Baron Nucingen”), mrowie bezustannych krucjat przeciwko frajerom („Kuratela”), to wymarzona, lecz odrealniona jaskinia „dudków” z Biesiady („Blaski i nędze życia kurtyzany”),  studium infantylnej miłości Estery („Stracone złudzenia”), ślicznej aktorki odizolowanej od autentycznego życia, to enklawa niezrealizowanych obietnic pułkownika Chabert, emerytowanego rębajły, Stefana Lousteau, dziennikarzyny z gatunku sprzedajnych z rozsądku, Magusa, Gobseca, Samamona, Grandeta, to przygnębiający lunapark uczuciowych niemowlaków  niezdolnych do użerania się z własnym przeznaczeniem; jak mówi ojciec Eugenii Grandet, "życie, to interes".

Alegorie, najeżone trudnościami opisy, nadmierne i często nieuzasadnione odwoływanie się  do cudowności, niebiańskości, anielskiej ingerencji ponadnaturalnych sił, te natrętne elementy narracyjne, skłonności do emfazy, charakteryzowały jego epokę, nas jednak, przywykłych do powściągliwego wyrażania uczuć, pilnych i akuratnych strażników językowych reguł, stosowane przez niego wtręty - irytują.

Choć te dysproporcje mogą razić purystyczne ucho (i raziły poprawnych literatów  ze świata Balzaka), bohater jego, oceniany teraz, po latach, nie jest pojedynczą figurką, ale  -  charakterologiczną generalizacją: skupia w sobie wszystkie znane i antycypowane cechy, które charakteryzowały balzakowski czas. Powieściowy Finot nie  jest tylko sylwetką jednego dziennikarza swawolnych obyczajów, mentorem od siedmiu boleści, lecz produktem, wytworem, emblematem ówczesnej epoki. Sechard z „Cierpień wynalazcy”, to nie odkrywca sposobu na dostatnie życie („Dwaj poeci”), ale typ, symbol, jej rozpoznawczy znak. Ojciec Goriot nie uosabia indywidualnego tatusia wplątanego w miłosne afery swoich córeczek,  tylko jest w utworach Balzaka ojcem zbiorowym, jego syntezą, analizą i konstrukcją równocześnie.

Gigantyczny projekt namalowania uniwersalnego, socjologicznego portretu swojej epoki, obrazu wszechstronnie obejmującego życie człowieka, zamiar ten powstawał w głowie Honoriusza  długo; lecz kiedy już przybrał konkretne rozmiary, przekształcił się w arcydzieło złożone z arcydzieł; „Komedia ludzka”, to zbiór powieści   składających się na wizerunek Francji. Jest to oryginalny gmach zbudowany z ludzkich cech, pragnień, nadziei i złudzeń, a budynek ten przypomina system naczyń połączonych.  Kiedy czyta się większość z nich (nie wszystkie bowiem zostały przetłumaczone), ma się wrażenie przenikania bohaterów  jednej fabuły w drugą. W pierwszej powieści występują w roli epizodycznej; ledwie są wymienieni w tracie rozmowy.  Balzak wspomina tylko o nich, natomiast w drugiej, ta sama postać przestaje być epizodyczna i awansuje na postać kluczową. Na przykład margrabina d`Espard, która pojawia się przelotnie w na różnych kartach  „Komedii ludzkiej”, w „Kurateli” jest najważniejszą osobą.

Honoriusz robi to z premedytacją; ludzie zapełniający stworzony przez niego fresk są postaciami pełnokrwistymi, fizycznie i psychologicznie wiarygodnymi, plastycznie, drobiazgowo przedstawionymi. Ukazani na tle epoki, są jej doskonałą ilustracją, wzbogaceniem i uzupełnieniem.

Pomysł utworzenia cyklu książek złączonych bohaterami wykluwał się od 1839 r., a ostatecznie zmaterializował - w 1841 roku. Jak pisze Andre Maurois  („Prometeusz, czyli życie Balzaka”), Honoriusza olśniła myśl, że „istnieją gatunki socjalne, jak istnieją gatunki zoologiczne. Różnice między robotnikiem, kupcem, marynarzem, poetą są tej samej natury, co różnice między lwem, osłem, rekinem i owcą” (str.450).  

Wnętrza postaci Balzaka nie zmieniły się, tylko czas odrzucił przebrzmiałe dekoracje. Rozproszyły się w niebytach margrabiny i wymazano z pamięci dawne bale w wywoskowanych salonach, a dżinsy wyparły z istnienia fantazyjne suknie z atłasu. Zmienił się gust, smak, wrażliwość. Po starych szpanach i symbolach zginął ostatni ślad, ale tak wtedy jak dziś, toczy się  żółwia gra o lepsze jutro.

*

Wiktor Hugo zajrzał do niego, lecz choć Honoriusz widział go jeszcze, to już był w swojej „komedii”. Życie prowadzone wbrew pospolitym oczekiwaniom cieszyło go więcej, niż to, w którym wymagano, by dreptał pod ich dyktando; śmierć była jego ostatnią walką, pożegnalnym wyzwaniem Losu na ubitą ziemię, podjętym, lecz przegranym protestem wobec jej nieodwołalnych rygorów. Pogodzenie się z nią, rezygnacja z uporu wobec jej przyjścia, uznanie jej wyższości nad życiem, ta kapitulancka forma zmysłowej pokory, dla niego, piewcy żelaznej woli, dla niego, półkrwi ateusza, była oznaką bojaźni, dowodem poddawania się werdyktom Macochy Natury.  Nie potrafił ulec jej obrządkom. Pojednanie się z nimi, zaniechanie sprzeciwu, to rodzaj przymusowego samobójstwa; jego niepokorna egzystencja nie mogła nagle, pod wpływem chwilowej bezsiły,  zaakceptować swojego odrażającego przeciwieństwa.  Wprawdzie śmierć jest  rezultatem życia, lecz rezultatem usprawiedliwionym przez cierpienie i organiczny bunt, chwilowym triumfem znużonej materii nad wiecznotrwałą psyche, pyrrusowym zwycięstwem biologii nad wyższą rzeczywistością ducha...

W rzeczywistości wyższej niż realna panował porządek; sprawy ziemskie były doczyszczone  aż do granic jego życzeń i przebiegały po myśli tych, którzy chcieli, by ich nie opuszczał. Lot nad sobą sprawia jednak, że ziemskie utarczki stają się z czasem obojętne; ludzie, te społeczne mikroby opisywane przez niego tyle razy, wielokrotnie przewentylowane i naszpikowane obserwacjami z jego życia, blakły; wyrozumiale, z pobłażliwym uśmiechem oddalały się od niego, wiedząc, że już ich nie wskrzesi; ironicznie, zgodnie, ustami Lucjana stwierdzały: wszystko jest opodatkowane, wszystko się sprzedaje, fabrykuje, nawet powodzenie.

koniec

Komentarze (0)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się