Staruszkowo

Autor: Marek Jastrząb, Gatunek: Proza, Dodano: 16 sierpnia 2012, 04:20:32, Tagi:  Staruszkowo

Przyjazd

Dwa skrzydła ramion twierdzy o nazwie Dom Przewlekłej Opieki, połączone były przeszklonym korytarzem. Po jego jednej stronie jaśniały w dzień, a granatowiały w noc duże tafle mlecznych szyb. Już z daleka, z taksówki przykucniętej za krzakiem, miałem niespokojne wrażenie związane z przysadzistym ogromem tej budowli. Solidna, monumentalna, otulona w szum wiosennej bieli, kwitnąca jabłoniami, przypominała mi lata drugich śniadań, łykanych między szkolną przerwą a dukaniem przy tablicy, kojarzyła się z Mamą zakrzątaną przy rondlach i wciąż nieobecnym ojcem.

Wyłuskany z pamięci obraz, przedestylowany i skroplony w nowej formie uczucia, oświetlony z innego miejsca, po latach bezowocnej wędrówki, u jej kresu, tuż przed wejściem do Domu sprawił, że znalazłem się w znajomej krainie, pośród życzliwych ludzi, którzy mnie oczekiwali. Przez ułamek sekundy żywiłem przekonanie, że niektórzy z moich dotychczasowych znajomych, wypełzając ze snu, widzą tylko to, co ujrzą: szarzyznę przebrzmiałego dnia i niebo mokre od łez. Czekała ich wieczna mordęga codzienności, czuli zapach przypalonego mleka, a z wnętrza mieszkania dobiegała melancholia zaspanych kroków, widzieli więc zaledwie to, co się im przylepiło do oka i nie mieli najmniejszego pojęcia o tym, że pod przykrywką deszczowego nieba, rozespanych kroków i odoru mlecznej spalenizny, było schowane wzruszenie związane z wiosennymi porządkami, wypastowaną podłogą i kochaną osobą.

Ale uczucie to zagasło w lawinie następnych, ponieważ wydawało mi się, że dokąd bym nie spojrzał i czym nie zachwycił, otaczały mnie roje bezładnych, nawarstwiających się wspomnień. I podobnie jak widok Staruszkowa, domu ludzi skazanych na współczucie, tak wizerunek schodów prowadzących do niego, niczym obraz dzikiego wina, stawał się dla mnie czymś więcej niż był w swojej prozaicznej wymowie: przekształcał się w wypadkową wszystkich schodów, jakie znałem, w ich stop, konglomerat pamięci, a zwłaszcza – widok schodów z dzieciństwa. Lecz że nie było to skojarzenie przykre, a odwrotnie, wzbudzało pogodne emocje, doznania złączone z nagłym wyzwoleniem, wyplątaniem się z szyn, gorsetów i uprzęży tamujących mój ruch, z tlenem zachłannie chwytanym przez człowieka, który się dusi, te, po jakich wstępowałem, wzmacniały we mnie odwagę.

Wszedłem do środka. Stwierdziłem, że już nie wchodzę po schodach, ale wciągam się po nich i nie idę środkiem, lecz przy poręczy. Pocieszałem się, że byt nie określa mi świadomości, ale ją modyfikuje. Mogłem powiedzieć, że choroba we mnie narasta, obejmuje coraz to większe rejony, a świat stoi w miejscu. Jej początkowe zawirowania były płytkie i nieistotne, a ich świadomość, ledwie zaznaczona. To, co jeszcze parę nocy temu zdawało się istnieć bez konieczności tłumaczenia „dlaczego”, raptem, wspólnie z pojawieniem się nowego skrzywienia ciała, świeżutkiej i jeszcze ciepłej niedogodności, wkraczało razem ze mną.

Nagle rzeczy dotąd nieważne, stały się istotne. Stwierdziłem, że mój ostry wzrok mętnieje, a przedmioty ruszają się, choć inni tego nie widzą i gdy chcę się podnieść, schylić czy obrócić, muszę wykonać całą serię przygotowawczych ruchów, uklęknąć, ale tak, by być w pobliżu czegoś do uchwycenia, więc nieraz, by zachować równowagę – musiałem przystanąć, a kiedy chciałem zmienić kierunek marszruty, nie potrafiłem iść płynnie, bo nie umiałem omijać po cichu przeszkód. A gdy już byłem przekonany, że osiągnąłem dno i gorzej być nie może, zaczynały się następne fazy, do boju wyruszały nowe, „wypoczęte” sensacje związane ze sztywnieniem karku; kończyła się uwertura, a zaczynał koncert.

Rozpoczynało się nieustanne zwracanie uwagi na drobiazgi. Upatrzony cel drogi musiał być dla mnie od razu osiągalny i od razu skuteczny, sensowny i bez zarzutu, ponieważ nie miałem siły na naprawianie swoich błędów, na dokonywanie ponownych obliczeń i żmudnych kalkulacji. Jeżeli z własnej winy czy nieporadności nie dopatrzyłem czegoś, źle oszacowałem i sknociłem, zmuszony byłem oglądać to przez cały czas. W miarę dni żyło mi się z tym widokiem coraz gorzej i bardziej męcząco, z większym mozołem znosiłem swoje błędy, ogarniało mnie coraz silniejsze poczucie rozpadu swojej niezmienności.

Musiałem być wielce uparty, by się tam dostać. Po pierwsze, natknąłem się na barierę: domofon. Po drugie, dostrzegłem krępującą obecność kamer. Jakby niedostrzegalny obserwator, niewykluczone, że naczelny cieć, dokonywał fachowej kontroli śmiałka i sporządzał meldunek. Kto, skąd, do kogo i czy aby na długo. Po pokonaniu domofonu, zostałem dopuszczony do widzenia się z kierownikiem portierów tego przybytku. Trzymając w rękach notatki na mój temat, zawiózł mnie do poczekalni i kazał czekać na następne instrukcje, sam zaś zniknął za drzwiami prowadzącymi do służbowych gabinetów.

Czułem się tak, jakbym był w niej po raz setny, jak gdybym trafił do tramwajowej zajezdni z parkietami na wysoki połysk. Miałem wrażenie, że za chwilę pojawi się kustosz z biletem na patyku i bilet ten uprawni mnie do zwiedzania muzealnej części Domu. Zblazowanym okiem globtrotera szacowałem wystrój reprezentacyjnego wnętrza, dębowe ławy przytwierdzone na amen, zbieraninę śmieci w najlepszym gatunku. 

Z głębin, praktycznie z piętra, dochodził rozmodlony śpiew drżących głosów. Sielankowy obrazek podkreślała zadbana, czyściutka, filigranowa kobieta wyłaniająca się z przyległego korytarza. Chyba spodziewała się przyjścia kogoś ważnego. Miała długie włosy starannie upięte w kok. Mimo jej wieku nie dostrzegłem najmniejszego pasemka siwizny. Także strój nie budził zastrzeżeń. Posuwistym krokiem ruszała to w przód, to zawracała chyłkiem. Z początku dzielnie docierała do centrum poczekalni, lecz gdy opuszczała bezpieczną strefę cienia, traciła odwagę i szła chwiejnie, po omacku. Przystawała w miejscu, co wyglądało tak, jakby, zdumiona własną śmiałością, nie miała pojęcia, dokąd ma iść.

Po chwili strażnik wyłonił się z dyrektorskiej dżungli. Przyniósł nowinę: postanowiono, jak się wyraził – „udostępnić mi widzenie z dyrektorem” i spojrzawszy na moje nogi, kazał wsiąść na wózek. Odganiając perypatetyczną babinkę, ze strapionym lekceważeniem machnął jej ręką na pożegnanie, po czym zawiózł mnie pod drzwi administracyjnego buduaru.

*

Rozmowa z Dyrektorem Domu, krępym osobnikiem o dużej głowie, który co chwilę podkreślał, że nie lubi niczego owijać w bawełnę, natomiast uwielbia krótkie i zdecydowane rozwiązania, nasunęła mi podejrzenie, iż człowiek siedzący przede mną, nie jest ani zdecydowany, ani tym bardziej rzeczowy, a jedynie przekupką i łasuchem ględzenia. Lecz zanim tak pomyślałem, zaskoczyło mnie miłe przyjęcie.

Boss, jak przezywano go na wyższych kondygnacjach, podszedł i ściskając mi dłoń zapewnił, że miejsce już na mnie czeka i zaraz zawoła kogoś z personelu, kto mnie zapozna z topografią domu. Powiedział, że będę miał sublokatora, bardzo spokojnego, poważnie chorego i wielce małomównego człowieka o imieniu Andrzej. Ale czy istotnie tak na niego wołają, powiedzą mi na górze, bo on sam nie ma głowy do dupereli, ale ze słyszenia wie, że jest to facet, którego niemożliwością jest nie polubić, a tym bardziej, nie znaleźć wspólnego języka.

Na wsiadanego dopisał mnie do jednej z list szczęściarzy: zostałem poinformowany, że znalazłem się w elitarnym gronie oczekiwaczy na izolatkowe życie.

*

Po dokonaniu wstępnych formalności, pozwolono mi na samodzielne wjechanie do windy. Lecz jej obsługa należała do strażnika. Każdy jego gest dowodził, że chce uchodzić za człowieka ważnego i sympatycznego jednocześnie, co było nie do pogodzenia. Uśmiechał się wyniośle. Powiedział, że dopiero po oficjalnym wciągnięciu mnie na listę mieszkańców, wydaniu uzupełniających bambetli i zaznajomieniu z tutejszym regulaminem, uzyskam prawo do samodzielnego poruszania się po całym terenie Domu.

Winda się zatrzymała i mój opiekun troskliwie, wprawnym gestem, przytrzymał drzwi. Wyjechałem. Korytarz z parteru w niczym nie przypominał korytarza, na którym stałem teraz. Tamten, higieniczny i elegancki, przygotowany do witania i ugaszczania wytwornych delegacji, dopucowany i śliski z powodu marmurowej podłogi, lśniący bezplamkową sterylnością, ozdobiony egzotycznymi palmami wycierającymi sufit, ze skórzanymi fotelami i obrotowymi drzwiami, wrotami mającymi zamiast fotokomórki – portiera z dobrze płatnym ukłonem, tu, na piętrze, tracił swój cały urok i służbowy wdzięk. Zakryty przeplutą wykładziną w kolorze czerwonki, spryskany odkażającym dezodorantem, był wymieciony z mieszkańców: pensjonariusze znajdowali się na obiedzie, w jadalni, którą wieczorkiem zamieniano w świetlicę.

Pierwsze wrażenia

Gryzmoląc o pokrętnej historii swojej rodziny, wymarłej i obecnej jedynie w albumach, odgradzałem się od życia, powoli przestawałem dostrzegać prześladujące mnie wydarzenia. Krok po kroku zamieniałem się w rozumny grobowiec, chmielową tykę wetkniętą w widok na dyżurkę w rogu korytarza…

Względnie szybko, bo już po paru dniach stwierdziłem z rozgoryczeniem, że miejsce, zbliżone atmosferą do sanatorium, tak wymarzone w czasach intensywnych lektur, nie było sielanką opisaną w „Czarodziejskiej górze”, toteż nocą, razem z książkami i szpargałami, całym wysypiskiem napuszonych uwag, bawiłem w łazience. Tylko w niej mogłem się skupić, oderwać od uprzykrzonego towarzystwa Andrzeja.

Sądząc po urodzie, dobijał do sześćdziesiątki. Trzymał się jednak nie najgorzej, bo liczył przeszło siedemdziesiąt. Czyściutki, pracowity. Ani śladu siwych włosów, za to z kruczoczarnym wąsem. Wybredny pod każdym względem. W nocy wstawał do lodówki. Jadł mało, lecz drogo i często; potrzebne specjały kupował w tutejszym sklepiku. Pił koniak na poprawę krążenia, ale tylko przed zaśnięciem. Regularnie i w dużych ilościach. Ożywiał się wtedy. Cieszył, że stać go na luksus.

Kawior, szyneczki, specjały znane mi z lepszych czasów. Kiedy zajadał, robił to potajemnie, zazwyczaj, gdy szedłem na telewizję, albo siedziałem w parku, przed wejściem do domu i bezskutecznie oczekiwałem gości. Wtedy do ostatniej kruszyny opróżniał swoją część lodówki. Zresztą każdy pretekst, by zjeść coś, czego nie mam, sprawiał mu satysfakcję. Fakt, iż nie musi się dzielić, powodował, że na twarzy zjawiało się coś w rodzaju złośliwego zadowolenia i fakt ten pozwalał mu żyć wśród ludzi, których nie rozumiał, bał się, sądząc, że osaczają go bez przerwy i stale czegoś od niego chcą.

 W nocy wstawał często. Źle powiedziane; nie wstawał lecz zrywał się z przerażeniem. Miał wówczas dziki, rozbiegany, świdrujący wzrok, jakby tłumione w dzień zdarzenia ścigały go z intensywnością zwielokrotnioną przez mrok.

Trudno zgłębić, czego się bał. Przyjechał z Belgii, gdzie przez większość życia tyrał w kopalni. Dlatego otrzymywał wysoką emeryturę, co było źródłem zawiści. Z tej też przyczyny obnosił się ze swoim dobrobytem. Zadzierał tu nosa, jak mało kto i z upodobaniem podkreślał, że jest finansowo niezależny.

Po drugiej stronie Domu mieszkał jego brat, zewnętrznie podobny i w tym samym wieku. Poznałem go. Odstawał od reszty mieszkańców. Przeważnie mawiano, że jest z niego gburowaty, przekorny i zakuty lump. Zawiłe losy oddaliły ich. W młodości pokłócili się o dziewczynę. Jak górale w piosence. Andrzej wyjechał z kraju, jego brat został w nim. Tu pracował i tu dorobił się niskiej renty oraz przepukliny.

W Domu byli od wielu lat i poza oficjalnymi spotkaniami w jadalni, zgodnie unikali kontaktu. Jeśli mijali się na korytarzu, nie patrzyli na siebie. Lecz jeden o drugim wszystko wiedział.

*

W toalecie, moim zapasowym królestwie i przejściowym azylu, panowała cisza zmącona odgłosami chrapania. Niekiedy – przez uchylone drzwi – słyszałem szklany zgrzyt słoików otwieranych przez głodnego Andrzeja, nagle obudzonego hukiem zza ściany, a zaraz potem kobieta o rękach zniekształconych reumatyzmem, pani C., której nie zdążyłem poznać, ponieważ nie wychodziła, zaczynała wyć z bólu.

Choroba przestroiła C. myślowe toki, obsypała niechcianymi prezentami, wyrzeźbiła odrębne punkty widzenia, z premedytacją uprzątała ją z istnienia, rozszarpywała jej świat ze skrupulatnym chłodem okrucieństwa. Niekiedy z jej pokoju dobiegał grzmiący monolog pielęgniarki przerywany cichym płaczem babuleńki. Powstawał gorączkowy rejwach i słyszałem pospieszne, drewniane tupoty, a potem coraz mniej głośne zawodzenie. Aż nad ranem zapadała cisza.

Niezadługo miała odleżyny wielkie jak pięść i nawet „piguła”, zatrudniona prywatnie była wobec nich bezradna; gdy myła, zmieniała opatrunki i wklepywała w C. spirytus, odsłaniały się niezagojone, wilgotne miejsca.

Pod wpływem bólu stała się zanadto jękliwa, jakby nieludzkie wycie było jej jedyną odpowiedzią na cierpienie. I tak do następnego napadu: płakała z rożnym natężeniem, z nasileniem pozwalającym zorientować się w stopniu boleści. Z początku raz na dłuższy czas, lecz już po kilku tygodniach nie było dnia, a potem godziny, bym nie słyszał, że nadal jest wśród żywych.

Lecz nie szło o nią; zawadą był Andrzej. Za dnia jego błędnikowe, złe noszenia i swingujące łapania równowagi, przykurcze i niekontrowane lansady dawało się jakoś przecierpieć. Ale gdy w środku nocy, ni z gruszki, ni z pietruszki, w egipskich ciemnościach rozlegał się jego donośny szczek, kiedy znienacka zapalał górne światło i w całej swojej rozbudzonej krasie wyskakiwał wprost na wyziębioną posadzkę, by, z przerwami na łapanie powietrza i trzymanie się za rozrusznik, blednąc i krztusząc się, kierować na mnie przerażony wzrok, dostrzegałem w nim swoją przyszłość i nie wiedziałem, co czynić. Toteż w duchu kląłem na czym świat stoi, a decyzja, by już od rozczochranego rana rozpocząć batalię o swobodne życie, urastała do wymiaru obsesji numer jeden. Postanowiłem więc, jak tylko się rozwidni, coś w tej sprawie zrobić, gdzieś z tym pójść, może pogadać z Bossem lub oddziałową.

Że zaś głupi ma szczęście, zauważyłem dzwonek. Nacisnąłem go i do sali, od razu, jakby stał przed jej progiem i nie miał do niej daleko, wszedł pielęgniarz. Z jego twarzy emanował zaraźliwy spokój. Nie trzeba było mu opowiadać, w czym rzecz. Od razu podszedł do Andrzeja, klepnął go w plecy, podał kompot stojący na szafce, otworzył okno i bez słowa usiadł przy nim na krawędzi łóżka. Mocno, fachowo pogładził go po głowie i objął przytulając do piersi. A gdy zaczął wracać do siebie, ułożył go w pościeli, ciasno zawinął w kołdrę i trzymając go za rękę czekał, aż zaśnie.

Po kwadransie wstał, zgasił światło i ostrożnie wyszedł, nie popatrzywszy na mnie. Ja też wkrótce usnąłem. Jednakże to, w co zapadłem, nie mogło uchodzić za sen. Była to zaledwie marna kontynuacja zmory, wrażeniowa melasa z przywidzeń minionego dnia. Obracałem się, wierciłem, liczyłem barany, w tym siebie, ale nic nie pomagało, zlazłem więc z łóżka i pokuśtykałem do łazienki. Skarżyłem się wówczas na doły i apatyczne stany, coś w rodzaju depresji lub zniechęcenia, lecz miałem też w sobie „zamiłowanie” do szybkiego podnoszenia się z upadku. Dołek trwał krótko, bo szkoda mi było czasu na długie przygnębienia; jak człek jest młody, wydaje mu się, że przez lata może tkwić w rozterkach, wahaniach i dylematach. Ale że byłem w wieku coraz bardziej nagrobkowym i nie stać mnie na bycie sekwoją, uznałem, że niecierpliwość to moje przekleństwo; nieraz czułem się jak gotowa do wybuchu bomba zegarowa.

Z tomu opowiadań przewidzianych do druku w wydawnictwie PISARZE.PL

Komentarze (3)

  • Nie miałam racji, panie Marku. Bohater jest potrzebny.

  • Pani Wando!
    Pierwsze opowiadania z tego cyklu stanowiły tło i właściwe „Staruszkowo: rozpoczyna się od rozdziału „Decyzja”.
    Ps. To dobrze, że Pani u nas publikuje, bo w odróżnieniu od mrowia poetów, niezłych prozaików mamy jak na lekarstwo.
    pozdrawiam

  • Co tu mówić - porusza do głębi. Obserwacja "uczestnicząca", więc autentyczne do bólu. W zakończeniu cień pokrzepienia i nadziei.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się